Zimowe Sowie i Zygmuntówka w dwa dni

Założenie niezbyt skomplikowane: do pokonania około 30 km w dwa dni. Parkujemy nieopodal schroniska, ruszamy na szlak aby powrócić do auta, zaznać noclegu w Zygmuntówce i skoro świt procedurę powtórzyć.

Trasę dzielimy mniej-więcej na pół co nam da dzienny dystans około 15 km, czyli 7 godzin szczęśliwego marszu. Geniusz planu zakłada pozostawienie samochodu w pobliżu miejsca noclegu więc maniacy noszenia szklanych butelek w plecaku nie będą zachwyceni. Wszystko co zbędne na szlaku, a niezbędne do spędzenia nocy pod dachem zostaje w bagażniku. Idziemy więc na lekko.

Do dzieła! Dzień pierwszy:

Startujemy z parkingu na przełęczy Jugowskiej, mamy nadzieję tam bezpiecznie dotrzeć mimo apokalipsy która w tym okresie wywołała okiść. Znajdując dogodne miejsce do zaparkowania możemy zabrać się za polerowanie kijków i ostrzenie raczków.

Parking zachwyca swą prostotą za którą trzeba zapłacić.

Oddajemy więc cztery schroniskowe piwa w postaci bilonu i pełni chęci ruszamy na szlak.

Pierwszy dzień zakłada 14 km marszu, trasa pozwoli nam zdobyć szczyt Wielkiej Sowy, a cały proceder nie powinien trwać dłużej niż 7 godzin. Mamy więc nadzieję, że kierowca dopełni obowiązku i wyrzuci nas z auta około godziny dziewiątej. Pozwoli nam to uniknąć potworów czających się w mroku - ciemność powinna nas odwiedzić dopiero w schroniskowej okolicy.

Graficznie nasza przygoda prezentuję się tak:

Profil wysokości trochę w dół, trochę w górę, czyli zgodny z nazwą grupy alkoholowo-górskiej. Dla tych bez wyobraźni pomoc graficzna:

Starym zwyczajem zamieszczam link do mapy: KLIK!

Zaczynamy szlakiem zielonym, który na tym etapie prowadzi w dół. Schodzimy więc ze świadomością, że jak jest w dół to niebawem będzie odwrotnie. Po przebyciu 1,5 km trasy docieramy do Rozdroża nad Kamionkami.

Plan wymusza skręt w lewo, czyli witamy szlak czerwono-niebieski. Jest to odcinek który zwiedziliśmy z wnętrza auta. Jeżeli kierowca się nie zgubił to dokładnie tędy jechaliśmy na nasz parking.

Krętym i wąskim asfaltem musimy przedreptać około 2 km. Zachowując więc ostrożność nawierzchnię bitumiczną żegnamy odbijając w prawo - nie powinno być to trudne, bo dokładnie tak prowadzi szlak.

Odbicie w prawo doprowadza nas do drogowskazu Śpiewak - w tym miejscu powinniśmy mieć w nogach 4 km i równe 10 km do mety. Wędrując dalej dwukolorową trasą docieramy do Starej Jodły, czyli kolejnego drogowskazu, który prezentuje się tak:

W tym miejscu nasz sielanka powinna się skutecznie zakończyć. To właśnie tutaj przystępujemy do atakowania szczytu Wielkiej Sowy. Najprostszym sposobem na zdobycie szczytu jest na niego wejść. Wspinaczka rzecz jasna pod górę.

Oczywiście istnieje możliwość nabrania sił, bo w niewielkiej odległości od drogowskazu znajduje się miejsce niekoniecznie wiecznego spoczynku - czyli stół z miejscem do siedzenia.

Bez względu na decyzję o przerwie której z pewnością nie potrzebujemy przystępujemy do ataku szczytowego. Mapa podpowiada, że od szczytu dzieli nas niecałe 3 km. Od tego miejsca szlak zmienia się na czterokolorowy, a niebiesko-czerwone oznaczenie prowadzi nas prosto w górę.

Nie korzystając z możliwości ominięcia szczytu wdrapujemy się na 1015 m n. p. m. Wielka Sowa wita nas... remontem wieży widokowej więc pozostaje nam jedynie odpocząć na przygotowanych do tego celu stołach piknikowych.

Na zachętę zdjęcie widoku którego przez niedostępność wieży nie zobaczymy:

Po zdobyciu szczytu do mety pozostaje nam niecałe 5 km drogi, zważywszy na fakt, że po wejściu trzeba zejść to pokonanie dalszej części trasy nie powinno być wyzwaniem.

Pani Sowa obfituje w mnogość szlaków, my wybieramy ten żółto-czerwony który prowadzi nas w dół do Rozdroża pod Wielką Sową. Punkt ten żegna szlak żółty i od teraz w celu niezgubienia drogi wystarczy podążać kolorem czerwieni.

Docierając do Koziego Siodła mamy możliwość posiedzenia na czymś takim:

Punkt ten powoduje u nas radość z faktu, że do mety pozostaje nam nieco ponad 2 km. Nie zmieniając szlaku wędrujemy dalej aby szybkim krokiem dotrzeć do parkingu.

Szczęśliwie powracając na Przełęcz Jugowską przystępujemy do kolejnego etapu naszej wycieczki. Jest to bowiem moment w którym należy zabrać z auta to co do tej pory było zbędne, a stało się niezbędne ze względu na genialny plan spędzenia dalszej części dnia.

Odległość od auta do schroniska to około 700 metrów, czyli kilka minut drogi. Żadne to wyzwanie, chyba że trzeba wnieść rzeczy które w żaden sensowny sposób nie są spakowane. Szczęście nasze w tym, że mamy w ekipie gościa z ambicjami na Szerpa. Posiada on niezwykła fantazję w troczeniu do plecaka absolutnie wszystkiego do czego da się dopiąć karabińczyk.

Kolejny etap wyprawy to rozgoszczenie w Zygmuntówce:

Schron mimo faktu, że pamięta wermacht swój urok ma - niestety nie ma gniazdek elektrycznych w pokojach, ani rozsądnego menu w kuchni. Krąży jednak legenda, że naładować elektronikę można w sali głównej. Brak ulubionego dania Ferdynanda Kiepskiego, czyli schabowego z pyrami i kapustą z pewnością wynagrodzi smaczne piwo serwowane w barze.

Etap spędzania wieczoru w schronisku pozostawiamy bez zbędnego opisu i przechodzimy do dnia drugiego.

Po zażyciu tabletek od bólu głowy przeskakujemy do fazy Włóczykija, czyli w drogę!

Drugi dzień zakłada start ze schroniska - w praktyce pewnie będzie trzeba najpierw znieść do auta to co wcześniej wnieśliśmy. Będzie doskonale uprzątnąć się z trudami życia na kacu do godziny 10, tak aby ponownie pokonać mrok i bezpiecznie dotrzeć na parking.

Mapa podpowiada, że odległość do pokonania to 16 km i mimo zbędnych przerw powinniśmy całą trasę przedreptać w niecałe 7 godzin.

Standardowy link do mapy: KLIK!

Profil wysokości wygląda tak:

Jak widać na powyższych danych dzień drugi również sprawi nam radość w postaci ataku szczytowego na Kalenicę, od tego też zaczniemy.

Zygmuntówkę pozwoli nam pożegnać szlak czerwony. Startujemy więc w kierunku Rozwidlenia nad Zygmuntówką, aby po ledwo 1,5 km dotrzeć do Zimnej Polanki. Tam czeka na nas stół piknikowy który mijamy szybkim krokiem, aby za pomocą szlaku żółto-czerwonego zdobyć Kalenicę.

Rzecz jasna czeka nas podejście, niecałe 3 km do szczytu pokonujemy spalając śniadanie spożyte w schronie.

Na szczycie wita nas wieża widokowa która w remoncie nie jest, a zdecydowania powinna.


Jest to też czas na złapanie oddechu i uzupełnienie kalorii. Z tego miejsca do mety zostaje nam 13,5 km. Najtrudniejsze za nami, więc pełni sił radosnym krokiem schodzimy ze szczytu w kierunku Bielawskiej Polany.

Owa Polana również wyposażona w miejsce do siedzenia, dla nas jednak ważniejszy jest fakt trzymania się szlaku czerwonego. Odnajdując drogę zmierzamy w kierunku szczytu Popielak na który przyjdzie nam się wdrapać. Popielak niczym nam naszego wysiłku nie wynagrodzi bo na górze nie znajduje się nic godnego uwagi.

Trzymając się dalej koloru czerwonego docieramy do Wiganickiej Polany. Punkt dla nas ważny bo po pierwsze podpowiada, że do tej pory pokonaliśmy 5 km, a po drugie to właśnie tutaj musimy pamiętać aby odbić na niezwykle kręty szlak koloru czarnego.

Wędrując szlakiem czarnym mijamy dwa punkty widokowe które w zależności od pogody zachwycą lub zasmucą. Trasa czarna to kolejne 5 km marszu, efekt końcowy przejścia tej odległości to Leśny Dworek czyli odrobina cywilizacji.

Dworek mówi nam, że przeszliśmy od startu 10 km, więc do mety pozostaje niecałe 6 km. Można by rzec, że teraz to już z górki jednak jest dokładnie odwrotnie.

Przy dworku zmieniamy szlak na zielono-niebieski który po niecałym kilometrze doprowadza nas do rozwidlenia Ciemny Jar - tutaj pozostajemy na szlaku niebieskim.

Trasa doprowadza nas do drogowskazu Trzy Buki, miejsce zachęca do odpoczynku bowiem wyposażone jest w stoły piknikowe:

Po nabraniu sił, lub nie, nadal trzymamy się koloru niebieskiego. Taki pomysł pozwoli nam dotrzeć do Rozdroża Pod Kamionkami, a mapa podpowiada nam, że zgadza się to z naszym planem.

Widząc drogowskaz Pod Kamionkami mamy świadomość dwóch rzeczy: po pierwsze punkt ten sugeruje aby zmienić szlak na zielony, a po drugie mówi nam, że meta tuż-tuż bo do auta nie jest dalej niż 1,5 km.

Szlak zielony nie chce prowadzić inaczej niż na parking, więc chętnie to wykorzystujemy aby szczęśliwie dotrzeć do celu.