Góry Bystrzyckie - Dwa dni - Część północna

Założenie jak zwykle banalne: doczłapać się do schronu, najlepiej z bagażem, a idealnie jak w komplecie.

W pierwszy dzień plan zakłada trasę na nieco ponad 11 km, czyli jakieś 5 godzin marszu. Drugiego dnia troszkę ciężej bo odległość to niecałe 20 km co nam da około 7 godzin przygody.

Powyższe wytyczne nie będą dla nas problemem, bo jesteśmy tak obrzydliwie sprytni, że wybieramy się na wycieczkę w okresie zmiany czasu z zimowego na letni, mamy więc godzinę gratis nie tyle do snu, co do widoczności szlaku.

Dzień pierwszy:

Plan zakłada start z Polanicy-Zdrój. Organizacja parkingu pozostaje w gestii kierowcy jednak mamy nadzieję, że będzie to w pobliżu szlaku czerwonego. Również ślepo wierzymy w fakt wyruszenia na szlak około godziny jedenastej.

Dzień pierwszy mamy nieco lżejszy, przynajmniej w kwestii odległości, maszerujemy zdecydowanie pod górę.

Graficznie obraz przygody wygląda tak:

Link do mapy: KLIK!

Profil wysokości urzeka wzniesieniami:

Góry bystrzyckie to rejon w którym nasze nogi pokonywały już kilometry. Z powodzeniem udało nam się zwiedzić część południową, przeżyć noc w lesie i wrócić w komplecie. Podobnie jak wcześniej i tym razem do schronu żaden wyciąg nie prowadzi - nie idziemy więc na lekko. Ba! Weekend swoimi prawami się rządzi, więc można rzecz, że idziemy na ciężko ;-)

Zaczynamy szlakiem czerwonym, przez wzgląd na rozwój cywilizacji pierwszy odcinek będzie zdecydowanie utwardzony. Pokonując kilkaset metrów docieramy do formacji skalnej o nazwie Wielbłądek. Aby przyjrzeć się temu bliżej będziemy musieli nieco zboczyć - nieco oznacza 200 metrów.

Wielbłądek jest dla nas wyznacznikiem odbicia w lewo, opuszczamy więc wynalazek rzymian i kierujemy się szlakiem czerwonym aby zdobyć szczyt Wołarz. Różnica wysokości to około 500 metrów, czeka nas więc wycieczka jednostajnie pod górę.

Zdobywając Wołarz powinniśmy mieć za sobą około 6 km, czyli do schronu bliżej niż dalej.

Jak widać na załączonym obrazku szczyt prezentuje się kompletnie nijak. Oferuje jednak kawałek ławki z której można skorzystać. Do pośpiechu nie motywuje nasz zmrok, a zamknięcie baru, więc decyzję o ewentualnych postojach należy podejmować niezwykle rozważnie.

Schodząc ze szczytu trafiamy na punkt widokowy. Jeżeli pogoda zachwyci to i widok zachwyci, w przeciwnym razie istnieje spora szansa, że to miejsce przeoczymy.

Trudno będzie natomiast przeoczyć szlak czerwony, bo praktycznie od początku do końca prowadzi nas do celu. Idąc więc dalej, podnóże góry Błażkowej daje nam informację, że do mety pozostało nam lekko ponad 2,5 km.

Przed schroniskiem czeka nas jeszcze niewielkie wzniesienie, a na jego szczycie wita nas miejsce odpoczynku i góralskiej biesiady.

Schronisko swój urok ma, nie ma natomiast pościeli w cenie pokoju i listy posiłków do podejrzenia na stronie internetowej. Brak pościeli załatwimy śpiworami wniesiony w plecakach lub przytroczonymi na zewnątrz, co jest oczywiście bez sensu. Kwestia menu została wyjaśniona u źródła i jak podała obsługa call center jest szał. Od steków po polewkę babuni - w każdym razie jakoś tak.

Lokując się na swoich miejscach, można spokojnie przejść w tryb sobota wieczór. Przez zmianę czasu czeka nas zarówno mniej snu, jak i mniej mroku na szlaku.

Dzień drugi:

Niedziela to już trochę inna bajka. Z założenia trochę bardziej płasko, ale zdecydowanie dalej. Trasa liczy 19 km i powinniśmy ją pokonać w mniej niż 7 godzin. Słońce zacznie ściemniać gdzieś po 19-stej, więc schronisko musimy opuścić do godziny 11-stej.

Celem podglądu poniższe grafiki:

Link do mapy: KLIK!

Po zapiciu jajecznicy piwem ruszamy szlakiem niebieskim który już po niecałym kilometrze wita nas zadaszonym miejscem odpoczynku.

Nie korzystając z dobrodziejstw siedzenia idziemy dalej wzdłuż niebieskiej nitki - droga kręta, ale dość płaska. Po przebyciu 4,5 km natrafiamy na kolejne schronienie w postaci altanki ogrodowej i miejsca na ognisko.

Jeszcze nie żegnając się ze szlakiem niebieskim docieramy do rozdroża pod Bieścem. Punkt ten informuje nas, że do mety pozostało nieco ponad 10,5 km. Tutaj mijamy również kolejne miejsce na piknik.

Tym razem zmieniamy szlak na wiosenną zieleń, zostawiając w tyle szlak niebieski docieramy do drogowskazu który podpowiada nam, że za nami więcej niż przed nami.

Kto zabrał ponton nie będzie rozczarowany bo w pobliżu kilka niewielkich stawów. W zależności od chęci i poziomu zmęczenia można zboczyć z trasy, ale można tez nie. Do stawów 200 metrów, a zdjęcia podpowiadają jak całość wygląda.

Miejsce o nazwie Cztery Dęby informuje nas, że niebawem nasz szlak zielony odbije w prawo. My jednak pozostajemy na ścieżce rowerowej która prowadzi nas prosto do koloru czarno-czerwonego. 

Po przebyciu krótkiego odcinka szlakiem rowerowym pozostawimy naszą trasę na rzecz zwiedzenia ruin fortu Fryderyka. Odbijamy więc 250 metrów, szlak czarny prowadzi nas prosto do naszego punktu.

Kończąc zwiedzanie dziury w ziemi z kawałkiem tunelu wracamy na trasę. Po powrocie na szlak do mety zostaje nam jedynie 5,5 km. Idziemy szlakiem czerwonym który wkrótce doprowadzi nas do wspólnego punktu naszej trasy. 

Idąc dalej docieramy do rozwidlenia które wygląda znajomo. Ostanie 3 km pokonujemy dokładnie tym samym szlakiem którym dzień wcześniej zmierzaliśmy w kierunku przeciwnym.

Mijając znane nam skały docieramy do miasta, jest to znak końca wycieczki z przygodami.