Imprezowe Suche na dwa dni
Idea wędrówkowo-imprezowa, a jak wiadomo wszystko dobre co dobrze wyważone. Aby mieć energię zarówno na marsz jak i leżenie pod grillem podzieliśmy obie rzeczy mniej-więcej po równo.
Zakładamy, że kierowca poradzi sobie z dowiezieniem nas bezpośrednio pod schron. Jeżeli uda się wykonać plan, do schronu będziemy mieć na rzut młotem. Tym sposobem walizka na kółkach nie jest konieczna, wystarczy siatka z biedronki z przytroczonym ekwipunkiem.
Dzień pierwszy!
W pierwszą sobotę tygodnia przewidujemy 10,5 km mordęgi. Tortury związane z bezsensownym przemieszczaniem się w kierunki mety która jest też startem powinny trwać około czterech godzin.
Wyzwanie tym prostsze, że wszelkie biesiadne i noclegowe przedmioty mogą spokojnie mieszkać w bagażniku, aż do naszego powrotu. Idziemy więc na lekko. Wstępne wróżby pogodowe nie wykazują utrudnień więc wełniane majtasy raczej zbędne.
Obraz nawigacyjno-terenowy prezentuje się tak:
Link do mapy: KLIK!
Profil wysokości mówi nam, że zaczynamy od łatwo i idziemy na trudniej:
Startujemy zielonym szlakiem, aby wkrótce czmychnąć skrótem rowerowym na żółty. Ten przebiegły chwyt pozwoli nam zobaczyć kawałek zamku Radosno - niestety nie zostało z niego więcej niż prezentuje zdjęcie.
Żółty szlak nie ma wiele więcej do zaoferowania więc warto pokontemplować na stercie kamieni. Zostawiając historię za sobą zmierzamy w kierunku doliny w której na środku ktoś postawił miasto o nazwie Sokołowsko. Po około 3 km olewamy szlak żółty i wkraczamy na drogi Sokołowska - tu prowadzi nas szlak czarny.
Miasteczko mijamy nieco bokiem, a to mijanie będzie trwało jakiś kilometr. Od tego miejsca mamy raczej pod górę niż odwrotnie. Dla uspokojenia można podać fakt, że wspinaczka odwrotnie niż w dół potrwa przez niecałe dwa kilometry - dalej równo nie będzie, ale bez większych wyzwań.
Na przełęczy Sokołowska żegnamy szlak czarny i atakujemy dalszą część podejścia kolorem zielonym. Mijamy punkt widokowy, przy którym możemy śmiało powiedzieć, że do szczytu już niedaleko.
Do kolejnego punktu mamy już prawie, a jeżeli ktoś zżarł cały prowiant na szóstym kilometrze to nic się nie stało bo trudniej nie będzie, a do mety bliżej niż dalej.
Szlakiem zielonym po szczytach gnamy dalej aby wejść odrobinę wyżej. Po 7,5 km odbijamy małym lecz sensownym skrótem na szlak czarny celem dotarcia na żółty. Procedura ta ma na celu odwiedzenie ruin, a efektem ubocznym jest schron który mamy po drodze.
Od tego miejsca mamy do zimnego piwa nieco ponad 1,5 km, odbijamy tutaj na szlak żółty w pobliżu którego ukrywają się ruiny starej owczarni oraz resztki Pałacu Hochbergów.
Po zdobyciu Waligóry mamy już tylko z górki, można więc śmiało pędzić celem zajęcia VIP-owskich miejsc zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz schroniska
Kawałek terenu otaczający schron powinien nam zapewnić dogodne warunki do spożycia posiłku który koniecznie trzeba zapić. Mamy więc nadzieję, że nasz pobyt w tym miejscu nie zepsuje nienagannej opinii zabytkowego już schroniska Andrzejówka.
Dzień drugi!
Starając się nie obudzić ani minuty przed czasem witamy leniwą niedzielę. Przy zerkającej na nas, obowiązkowej jajówie na śniadanie wygrywamy z myślą co by jednak się nigdzie nie ruszać.
Po przetrawieniu faktu, że słoneczko ładnie mruga, trawka się zieleni, zimne piwo pod ręką, ruszamy nie wiedzieć po co na szlak który dnia świętego będzie wił się przez niewybaczalne 9 km.
Odległość ta pokonana radosnym krokiem powinna dobiec końca po ponad 3,5 godziny.
Mapa wskazuje, że maszerujemy ponownie w kierunku znanej nam już doliny więc można się domyślać, że teren płaskością nas nie zaskoczy.
Link do mapy KLIK!
Profil wysokości potwierdza ten fakt:
Startujemy więc szlakiem czerwonym aby po czasie całkiem krótkim minimalnie z niego zboczyć celem dotarcia do punktu widokowego. Widok tym razem niekoniecznie naturalny bowiem oczom naszym powinien ukazać się... nie! Nie las! Kopalnia melafiru.
Po dokładnym obejrzeniu dziury w ziemi wracamy na szlak czerwony. Dyskutując po drodze czym jest melafir i czy aby nie ma nic wspólnego ze stojącą wodą nieopodal sześciokątnego słupka docieramy do znanego nam fragmentu doliny.
Z doliny uciekamy nieco wcześniej niż poprzednio, a powodem takiej decyzji jest chęć wejścia na szlak niebieski.
Geniusz naszej decyzji zostaje nagrodzony możliwością zwiedzenia Zameczeku Friedenstein który prezentuje się jakoś tak:
Stwierdzając, że no fajnie chałupa jak chałupa wędrujemy dalej w kierunku punktu widokowego. Zdjęcia widoku nie ma co wstawiać, wszak doskonale wiemy, że wszystkie góry wyglądają tak samo.
Niebieska droga zachwyci jeszcze niejednym punktem widokowym doprowadzając nas nie tyle do znanej nam drogi co do znanego rozdroża. Znajomym miejscem w tym przypadku jest punkt odpoczynku.
Szlak nam się tutaj zdecydowanie nie pokrywa, co można odgadnąć po kolorze na który zmierzamy. Wcześniejszy dzień prowadził nas żółtym, dziś dla odmiany idziemy niebieskim.
Dla umiejących czytać mapę oczywistą cechą wspólną jest bliskość zimnego piwa. Do baru zostało już tylko 1,2 km i dla ułatwienia z górki.
Mając w nogach niecałe 9 km docieramy do mety, aby przy zimnym piwie na odchodne przejrzeć kupony do McDonald.










